|
|
do-jasnej-anielki.blog.pl Orszak Trzech Króli Ależ skąd ! Cudze chwalicie, swego nie znacie. Polakom też niestraszne warunki atmosferyczne. Pogoda dziś była taka, że psa by na dwór nie wyrzucił, a mimo to znalazło się sporo takich, co własne rodzone dzieci powlokło na spacer. My mieliśmy tylko popatrzeć, a potem kawałeczek podejść z Orszakiem do zaparkowanego za Dominikanami samochodu, ale tak nas jakoś chwyciło i pociągnęło (za serce chyba), że doszliśmy do samego końca, śpiewając i wznosząc okrzyki (ostatnio obserwuję u siebie; nie mam pojęcia czym spowodowany, zwiększony poziom spontaniczności; Mąż mi się też zaczął dziwnie przyglądać ....)
Aparat mi się rozładował zaraz na na samym początku, ale tyle zdążyłam uchwycić:
Na zdjęciach nie ma wielbłądów (może i lepiej, bo wyglądały na spanikowane i moim zdaniem wogóle nie powinno ich tam być), koni z jeźdźcami (szkoda), rycerzy, aniołów i diabłów (zwłaszcza akcje tych ostatnich warte były uwiecznienia - akcja dezionformująca w postaci diabła trzymającego napis "Betlejem" wskazujący kierunek przeciwny niż prawidłowy, oraz akcja kusicielska, zapraszająca do przyłączenia się do diabelskiej gromadki zgromadzonej pod napisem "Raj podatkowy" ).
Pod sceną na Rynku zaczęło padać na poważniej (bo mżyło juz dużo wcześniej). Zrejterowaliśmy na chwilę do "Witaminki" na kawę i ciastka a potem wrociliśmy na scenę i wzięliśmy udział w adoracji Jezuska, a właściwie czteromiesięcznego Felusia, który nie zważając, że do ucha ryczy mu 40 synów, 30 wnuków i ich 70 osłów spał sobie w najlepsze kołysany przez nabożnie się weń wpatrujące dzieci (w tym Anielę).
Kto nie był, niech żałuje i niech koniecznie stawi się za rok. Wspólne maszerowanie z kolędą na ustach jest super !
by do-jasnej-anielki | 2012-01-06 21:38:49 | skomentuj! (3) nie ze mną te numery, Bruner U podnóża schodów, mierząc się z wizją dwukondygnacyjnej wspinaczki, Aniela spogląda Ojcu głęboko w oczy i zbolałym tonem oświadcza: - Zmęczona jestem. Weź mnie na rączki. Ojciec nie należy do osób, które łatwo podejść, a przynajmniej tak mu się wydaje. - Nie przesadzaj. Jesteś za ciężka na noszenie. Zresztą, to tylko kilka schodków. Niezrażona odmową Aniela, płynnie przechodzi do planu "B". - Chce mi się siku. Weź mnie na rączki, będzie szybciej, nie? by do-jasnej-anielki | 2011-11-20 21:16:12 | skomentuj! (1) okołokościelnie
Aniela, po uderzeniowej dawce zachwytów, jaką pod kościołem zaaplikowali jej (mniej i bardziej) znajomi Rodziców - Mamo, dlaczego wszyscy mówią, że jestem słodka? Przecież nie jestem do jedzenia.
W wannie trwa koncert piosenek religijnych. Aniela, z zapałem godnym lepszej sprawy, wyśpiewuje kolejne zwrotki i ad hoc dopisuje do nich nowe. W chwilach obniżenia mocy twórczych, gdy wena jej się nieco zawiesza, dopinguje się okrzykami "Z całego serca ! Śpiewajmy !"
by do-jasnej-anielki | 2011-10-28 21:00:31 | skomentuj! (3) . Taki to już trend światowy, niestety. Baśniowej Krainy też nie ominęła recesja.
Wybraliśmy się na Wyspę Słodową do Miasteczka Krasnali.
Gdyby chociaż świeciło słońce i temperatura była jak tydzień temu, wtedy może jakoś dałoby się przełknąć tych kilka smutnych bud i zmęczonych krasnali, a tak ...
Na szczęście szybko zaczęło kropić, więc mieliśmy pretekst, aby jak najszybciej się stamtąd zmyć (choć Aniela upierała się, żeby zostać w kolejce po unikatowy egzemplarz czapki, które jakaś krasnala wyrobnica, rwąc nitki, usiłowała wydziergać na terkoczącym Łuczniku)
Na popołudnie zaplanowaliśmy Muzeum Narodowe. Najpierw miłe zaskoczenie - zaśmiecone bajoro, które przed laty mijałam w drodze do pracy, zmieniło się w elegancką Zatokę Gondoli.
Muzeum też się zmieniło ale, żeby nie było za dobrze, to głównie wizualnie. Element ludzki trzyma się mocno. Mocniej niż mury z cegły.
Mamy więc piękny hol, kawiarnię, niczego sobie sklep i nawet przewodnik po ekspozycjach napisany specjalnie dla dzieci (i piękny wizualnie, jak się okazuje - dzięki pewnej Zosi, którą mieliśmy przyjemność kiedyś znać osobiście). Mamy nieskazitelne toalety, przeszklone drzwi, ładnie zaaranżowane sale wystawowe. I mamy personel. Personel chodzi za nami krok w krok i JAK NAM ZZA PLECÓW NIE HUKNIE "NIE TAK BLISKO !!!" to nam w pięty pójdzie.
Personel powie też "Na lewo proszę" i zastąpi nam drogę, kiedy zepsuci odwiedzaniem (pozornie) bliźniaczych placówek w GB zechcemy się po muzeum po prostu powałęsać według własnego widzimisię. Personel będzie nas ustawicznie sztorcował, kiedy nasza czterolatka nieopatrznie popuka palcem w gablotę, bo gablota, jak wiadomo, to nie mniej muzealny niż to, co się w niej znajduje. Zresztą - ma dziecko kolorowy katalog, to może sobie w nim pooglądać obrazy, nie musi jeszcze gapić się w oryginał, chuchać na niego i kolory wzrokiem wycierać.
Żeby jednak nie było, że tylko narzekam, to zajęcia dla dzieci o Japonii podobno były fajne. Podobno, bo poszedł na nie A. Ja chciałam wpaść i zrobić kilka zdjęć na pamiątkę i na bloga, ale niestety żaden z pracowników (łącznie z panem opisanym jako "informacja"), do których zwróciłam się o pomoc nie był w stanie wskazać mi drogi do sali, w której odbywało się to spotkanie (najwyraźniej oczekiwałam zbyt wiele, kto by tam spamiętał te wszystkie zajęcia w liczbie dwóch, jakie miały miejsce tego dnia).
A Anieli i tak najbardziej podobał się hol. I mnie chyba też, bo było to jedyne pomieszczenie, którego nikt nie pilnował. Co, jak się na koniec okazało, było błędem - byłam rozbawionym świadkiem jak jeden z małoletnich zwiedzających (bardzo szybki), wszedł na bieluśkie schody, które okazały się być rzeźbą współczesną, i zostawił na nich czarny odcisk buta wzbogacając tym samy dzieło o nowy wymiar znaczeniowy (nie wiem jaki, ale na pewno inny).
Na mnie największe wrażenie zrobił braz Św. Anny Samotrzeciej z unikatowymi przejawami wandalizmu z połowy XVII i końca XIX wieku (daty i nazwiska wydrapane na sukni) - nie odważyłam się jednak zrobić mu zdjęcia, bo Cerberka chyba pożarłaby mnie i mój aparat, który ma tę niemiłą przypadłość, że zapala sobie światełko kiedy łapie ostrość (podejrzewam, że nie przed zagryzieniem nie zdążyłabym z wyjaśnieniami, że to nie jest lampa błyskowa)
Ośmieliłam się za to pstrykną ten gustowny wisiorek (w sali była akurat grupa Włochów, a już wcześniej zauważyłam, że od cudzoziemców Panie Pilnujące trzymają się z daleka)
Chciałabym móc napisać, że chętnie tam jeszcze wrócę, ale kiedy pomyślę o Paniach Pilnujących ciarki przebiegają mi po grzbiecie. Po dwóch latach obcowania z miłymi i kompetentnymi wolontariuszami, krtórych pełne są muzea na Wyspach, to jak kubeł zimnej wody za kołnierz.
Nie tracę jednak nadzie, że to się zmieni. Doceniam pierwsze jaskółki wiosny - te wszystki czyste ściany, menu w restauracji, katalogi i zajęcia dla dzieci. Jest lepiej. O wiele lepiej (zamiast kapci, na szafkach obok szatni piętrzy się stos poduszek do siedzenia na podłodze!) i będzie jeszcze lepiej, a wtedy tam wrócę i wszystko to Wam opiszę w stosownym peanie na cześć Muzealnictwa Polskiego. Amen.
by do-jasnej-anielki | 2011-10-08 23:04:19 | skomentuj! (1) nie ma jak w domu wrócliśmy zadomowiliśmy się
i tylko czas, po powrocie do pracy, bardzo się skurczył zapomniałam jak wyczerpujące jest myślenie nie, żebym nie myślała przez ostatnie lata, ale najwyraźniej używałam do tego innych części mózgu
21.49 a ja już zmierzam w stronę łóżka, ale zanim tam dotrę pozdrowię Wszystkich Zainteresowanych naszym losem
wrócliśmy i mamy się dobrze
by do-jasnej-anielki | 2011-10-05 21:50:42 | skomentuj! (4) .
2 godziny lotu i tysiąc mil dalej
dom, Ojczyzna, nasze miejsce na Ziemi :) Na wypadek, gdybyście się zastanawiali, czy to przeprowadzka z centrum cywilizacji na prowincję, czy też w odwrotnym kierunku, cytat z Anieli: (w drodze z lotniska, na widok podświetlonego bilboardu na "nodze") - MAMO ! TUTAJ SĄ TELEWIZORY NA PODWÓRKACH !! Home, sweet home ... :) by do-jasnej-anielki | 2011-07-15 09:54:44 | skomentuj! (5) sroka Cytat na dziś: ".... bo ja bardzo lubię błyszczące rzeczy"
Bardzo zajęci jesteśmy ostatnio. Składamy pożegnalne wizyty, gości przyjmujemy, zawieramy znajomości na ostatnią chwilę w trybie, z konieczności, przyspieszonym. Bywa, że jednego dnia odwiedzają nas trzy osoby (osoby zawsze mają ze sobą przynajmniej jedno dziecko). Bywa, że niektóre z tych osób wpadają dwa razy dziennie.
Żegnamy się nie tylko z ludźmi, ale również pewnym stylem życia. Stylem, powiedzmy to jasno, o wiele bardziej konsumpcyjnym. W ramach pożegnań obskakujemy charity shops i znosimy do domu kolejne Książki Których i Tak Już Mamy Za Dużo oraz inne rzeczy, Których Grzech Nie Kupić - dziś było to m.in. duże pudło Lego Duplo w śmiesznej cenie. Pożegnać się też wypada z Prawdziwymi Wyprzedażami - dziś bardzo długo i wylewnie żegnaliśmy się z wyprzedażą w Accessorize - Aniela, po raz pierwszy właściwie, miała swoje życzenia, a właściwie to od razu kilka życzeń. Po pierwsze błyszczące buty (choć trzeba jej oddać sprawiedliwość, że mając do wyboru takie z obcasem i na płaskim, zdecydowała się na te drugie - pewnie przeważyły metalowe róże na przedzie). Po wtóre bransoletka i korale, oraz "ta pięęękna opaska", a pięć minut później - "i jeszcze pierścionek Mamo" Spinki dorzuciłam jej z własnej woli, bo też "lubię błyszczące".
Tak właśnie wygląda, kiedy ma na sobie to, co jej się podoba (bo strój do przedszkola też wybierała sobie dzisiaj sama).
by do-jasnej-anielki | 2011-07-01 23:46:10 | skomentuj! (3) . Jestem sobie przedszkolaczek, nie grymaszę i nie płaczę ... no, prawie nie grymaszę i nie płaczę, przynajmniej nie przed obiadem. Przed obiadem to ewentualnie zjem tubkę pasty do zębów, to znaczy jej zawartość wyssę ( wyssam, wyssię? ). Potem odmówię zjedzenia dań głównych (mimo, że do wyboru są aż trzy), ale za to podziobię groszek i marchewkę (a co ! niech się zdziwią !, tego się nie spodziewali bo od tygodni powtarzam na głos!, że carrot is for rabbits). Na szantaż (żałosne !), że bez zjedzonego obiadu nie będzie deseru, odpowiem głośno i wyraźnie (to nie jest krzyk ! ja nie krzyczę, bo tatko powiedział, że mam być grzeczna, a mama, że jak nie będę, to nie dostanę Jasminy) I DON`T LIKE PUDDING !!!
Rozryczę się dopiero kilka minut później, z tęsknoty za mamą, ale Jasminę oczywiście dostanę. W końcu dotrwałam do końca sesji.
Tak, po dwóch tygodniach testowania mogę wreszcie ogłosić światu, że Aniela do przedszkola chodzi sama. Towarzyszyłam jej przez ... tak daleko nie sięgam pamięcią, więc muszę aż pogrzebać w blogu ... eee, jeszcze chwilkę ... pół roku. PÓŁ ROKU !!? ! Przyznaję, że zaskoczyłam samą siebie. Pół roku chodziłam z dzieckiem do przedszkola. Nic dziwnego, że zaczęto mnie tam przedstawiać jako jedną z nauczycielek. No, teraz to mi już nikt nie dogada - może i nie rodziłam w bólach, wręcz przespałam akcję porodową, ale nikt mi nie powie, że się nie poświęcam. Pół roku ! Przez pół roku dreptałam z nią w tę, siedziałam na miejscu, dreptałam we w tę. Pół godziny w jedną stronę, na finiszu pod górę ! Dałam się nawet sprawdzić, czy nie jestem karana za przestępstwa seksualne i inne - czysta jestem jak łza i mam na to papier. Pół roku odcinania pępowiny - można by pomyśleć, że musiałam przegryzać ją własnymi zębami.
No, ale w końcu się udało. Żeby tylko nie zapeszyć !
- A jakie są jeszcze księżniczki? - zapytał dzisiaj A. - No właśnie więcej nie ma - odpowiedziałam - Jasmina była ostatnia. Całą resztę już ma. - To co jej obiecasz w poniedziałek ?
Właśnie! Nie wiecie może czy Disney nie szykuje na ten weekend jakiejś premiery?
by do-jasnej-anielki | 2011-06-24 21:49:19 | skomentuj! (1) . z dedykacją dla Kaczki, która też buja się na liściu w Montacute, o ile mnie wzrok i pamięć nie mylą a my w Barrington Court w poprzedni, deszczowy weekend
by do-jasnej-anielki | 2011-06-19 22:44:52 | skomentuj! (3) prosimy nie regulować monitorów widoczne na zdjęciu natężenie różu jest zjawiskiem naturalnym, występującym u dziewczynek w wieku przedszkolnym
równolegle pojawiają się zazwyczaj: fascynacja księżniczkami Disneya (obecnie obserwujemy pełnię objawów), niczym nie sprowokowane napady wściekłości (j.w.), przywleczona z przeszkola ospa wietrzna (szczepiliśmy, więc może nas ominie) i pragnienie zrobienia kariery baletowej
to ostatnie w bezpośrednim związku z najnowszą miłością naszej przyszłej balleriny - Panie, Panowie
Angellina Ballerina
by do-jasnej-anielki | 2011-06-19 22:29:40 | skomentuj! (0) Carramba ! Jak donosi dzisiejsza gazetka parafialna, Diakon Peter od teraz znany będzie jako Diakon Pedro. Tak po prostu. Bo Anglia to nie tylko kraj osobnych kurków na wodę zimną i wrzątek, wykładzin w łazience i okien, których nie można umyć od środka, to również kraj, w którym każdy może nazywać się tak, jak mu się podoba. I to od zaraz. Wystarczy wybrać sobie nowe imię i/lub nazwisko i zacząć go używać Trudno uwierzyć, ale tak to działa - koleżanka A. zarejestrowała się w przychodni używając wybranego przez siebie nazwiska, a nasza znajoma, Chinka, której chińskiego imienia (oznaczającego "kwiat na pustyni: - i jak tu nie westchnąć z rozmarzeniem) nie mogę zapamiętać, będąc w Anglii używa imienia Vanessa i jak twierdzi robi tak większość jej współziomków. Ale najlepsze jest to, że aby decydować jak chcemy, aby nas nazywano, wcale nie trzeba być pełnoletnim - jak wyczytałam w Guardianie, w niektórych szkołach dzieci same wybierają imię, pod jakim chcą być znane (w sumie zrozumiałe w kraju, w którym zdarza się, ze rodzice nadają dziecku imię Bluebell Madonna, Peanut, Audio Science czy Fifi Trixibelle). Powyższa ścieżka na skróty, pozwala nam na co dzień zapomnieć, że mama przy chrzcie dała nam na imię Plum, ten smutny fakt będzie nam się jednak przypominał za każdym razem, kiedy celnik na granicy poprosi nas o paszport. Bo aby zmienić imię i nazwisko wystarczy sobie tak postanowić, aby jednak zmienić dane w dokumentach takich jak paszport, prawo jazdy, ...hmmm... nic więcej nie przychodzi mi do głowy, bo dowodów osobistych tu przecież nie mają, więc nie wiem... karta pływacka? należy uzyskać oficjalne potwierdzenie, że teraz już nazywamy się inaczej. Ładniej, dojrzalej, mniej śmiesznie, bardziej z polotem, nie tak jak Babcia - niepotrzebne skreślić. W każdym razie nawet droga oficjalna, w porównaniu z naszą polską drogą, usłana jest różami. Aplikować można telefonicznie, pisemnie i przez internet, a jak ktoś się uprze to i osobiście, nie trzeba uzasadniać (!!! ) a wybór jest prawie nieograniczony - nie można oczywiście wybrać imienia nie dającego się wymówić, propagującego nienawiść rasową lub religijną, wulgarnego, obraźliwego, dłuższego niż 250 znaków (no, to akurat może być problem) czy ośmieszającego innych ludzi, grupy, organizacje itp. ale - uwaga - nie ma absolutnie żadnych przeszkód, aby wybrać sobie imię ośmieszające nas samych (jak wyczytałam na oficjalnej stronie - "Some people like the idea of having what we call a fun name. We have issued Deed Polls for fun names such as Jellyfish McSaveloy, Toasted T Cake, Nineteen Sixty-Eight, Hong Kong Phooey, Daddy Fantastic, One-One-Eight Taxi, Ting A Ling, Huggy Bear, Donald Duck, Jojo Magicspacemonkey and James Bond." ). No i można nazwać się Adam Małysz, Dorota Rabczyńska czy Jan Sobieski. Tak, Jan Sobieski, nawet jeśli jesteś dziewczynką. I nawet jeśli w waszej rodzinie nigdy nie mieliście nikogo o tym nazwisku (jeśli coś pamiętam z lekcji prawa administracyjnego to właśnie to, że w Polsce ten numer by nie przeszedł). Deacon Peter, przepraszam - Pedro, poczuł duchowe powinowactwo z Pedro de San Jose Betancour. A Ty? Jakie wybrałbyś/-łabyś sobie imię? Ja, póki co, zostaję przy swoim. Podpisano: Magdalena Janina (po Babci) by do-jasnej-anielki | 2011-06-12 18:42:01 | skomentuj! (8) Lyme Regis
a Aniela była taka mała, puchata, lekko tylko owłosiona
i ciągle jeszcze niepewnie trzymała się na swoich krzywych nogach
W tę sobotę było tak:
A Aniela prezentowała się jak na załączonym obrazku:
Dla mnie to był dzień spełnionych marzeń, bo o polowaniu na skamieniałości marzyłam od dawna. W roli wróżki spełniającej marzenia wystąpił oczywiście A. (bo któż by inny) - kupił mi bilet i (co najważniejsze) zabrał Anielę na spacer w kierunku dokładnie przeciwnym do tego, w którym udałam się ja.
Na skamieniałości można polować samemu (trzeba tylko uważać, żeby nie dać się złapać fali przypływu) lepiej jednak z przewodnikiem - chociażby po to, aby dowiedzieć się czego szukać.
Trafiłam na najgorszy z możliwych okresów (piękna pogoda, spokojne morze, niskie przypływy i na dokładkę końcówka ferii szkolnych), więc znaleziska były jedynie symboliczne: odciski amonitów, muszli i belemity
A mój prywatny kawałek dinozaura to właśnie to niepozorne coś:
Skamieniały krąg ichtiozaura. Chciałabym móc napisać, że go znalazłam, ale niestety prawda jest taka, że dostałam - za piękne oczy i gadkę o tym, jak to przybyłam z dalekiego Kraju i już wkrótce do niego wracam (zaprzepaszczając tym samym swoją powtórną szansę na zapolowania na dinozaura).
190 milionów (!!!) lat - nie wiem jak Wy, ale ja tego nie ogarniam.
by do-jasnej-anielki | 2011-06-08 23:33:39 | skomentuj! (3) W Kamiennym Kręgu Czas wreszcie zamieścić (wszystkie cztery) zdjęcia ze Stonehege, bo następne czekają w kolejce i w Picasie znowu zator.
Stonehege nie planowaliśmy, ale ponieważ było prawie po drodze, postanowiliśmy, że zahaczymy o nie, o ile tylko starczy nam czasu. Po niemal całodziennym zwiedzaniu Salisbury Aniela była zmęczona, spocona i średnio skłonna do współpracy, jednak w zakamarkach pamięci majaczyło mi przeczytane gdzieś zdanie, że Krąg najlepiej widać z biegnącej obok drogi. Postanowiliśmy, że zamiast zwiedzać, powoli przejedziemy obok i rzucimy okiem - powinno wystarczyć.
Ustawiliśmy nawigację, naszą nieocenioną towarzyszkę wszelkich podróży, i rozpoczęliśmy namierzanie. Czarną flagę, oznaczającą Cel, Pani Nawigacja wbiła nam po lewej stronie drogi, więc oboje w skupieniu przeczesywaliśmy wzrokiem rozciągające się aż po horyzont pola po lewej (na wszelki wypadek A. okazyjnie rzucał też okiem przed siebie). Jechaliśmy i jechaliśmy, a kamieni ani widu ani słychu i nagle JEST ! JEST ! - "PARKING STONEHEGE" ! Krąg jak nic musi być gdzieś za nim ! Tylko co robią tu ci wszyscy ludzie stojący na poboczu i gapiący się dokładnie w przeciwnym kierunku?!? Krąg, który mignął nam po prawej, był tak niepozorny, że przez kolejne kilka minut, które spędziliśmy na zawracaniu, A. usiłował mnie przekonać, że to pewnie jakaś makieta, bo prawdziwe Stonehege musi być bardziej imponujące. O święta naiwności !
Ja nie byłam zaskoczona, gdyż znałam relacje naocznych świadków (Danusia i Bil Bryson) - sprowadzały się one stwierdzenia, że w Stonehege nie ma zbyt wiele do oglądania, ale ponieważ zapłaciłaś/-łeś (i to niemało) za bilet wstępu czujesz się w obowiązku wyciągnąć z tej wizyty jak najwięcej, więc chodzisz, coraz bardziej znudzona/-ny, dookoła Kręgu i próbujesz się wczuć, jednak tłumy innych zwiedzających, obecność strażników w drogowych kamizelkach, barierki oddzielające cię od kamieni i ubóstwo wizualnych bodźców, skutecznie ci to uniemożliwiają. To, co mignęło mi po prawej potwierdzało to, czego się spodziewałam, więc zapowiedziałam, że mi wystarczy to, co widzę przez szybę. Posiedzę sobie ze spoconą Anielą w samochodzie, a A. niech się przeleci z aparatem, zrobi zdjęcie i sobie popatrzy. Przez płot, bo na zwiedzanie nie ma już czasu (tu wszystko zamyka się po piątej).
Podobno (kolejna relacja naocznego świadka - tym razem w osobie A.) zza płota Krąg robi tylko minimalnie lepsze wrażenie niż z drogi.
A jednak, mimo że na żywo (jednak) rozczarowuje, to Stonehege ma w sobie coś - wprawdzie nie zobaczyłam tego z okna samochodu, ale za to, jeszcze tego samego wieczoru, wyczytałam u Bila B.:
"I know this goes without saying, but Stonehenge really was the most incredible accomplishment. It took five hundred men just to pull each sarsen, plus a hundred more to dash around positioning the rollers. Just think about it for a minute. Can you imagine trying to talk six hundred people into helping you drag a fifty-ton stone eighteen miles across the countryside and muscle it into an upright position, and then saying, 'Right, lads! Another twenty like that, plus some lintels and maybe a couple of dozen nice bluestones from Wales, and we can p a r t y !' Whoever was the person behind Stonehenge was one dickens of a motivator, I'll tell you that." by do-jasnej-anielki | 2011-06-05 18:36:30 | skomentuj! (1) . a teraz na raz! dwa! trzy ! - wszystkie Matki dziewczynek kiwają głowami ze zrozumieniem (i współczuciem)
by do-jasnej-anielki | 2011-06-01 22:54:05 | skomentuj! (3) Salisbury Salisbury to oczywiście katedra. Zawsze wyobrażałam ją sobie właśnie tak (mniej więcej, bo wersji tego widoku jest kilka)
ale w rzeczywistości katedra wygląda tak:
Katedra jak katedra - brzmi okropnie, prawda? Ale ile można ich oglądać zanim człowiekowi stępi się smak? Gdyby tak choć jedną z nich przenieść do Wrocławia i móc się nią podelektować miesiącami. A tak człowiek gna przez te średniowieczne krużganki, któreś z kolei i omiata wzrokiem kolejny witraż, unikat w skali światowej i oryginalne freski jedne starsze od drugich i nie robi to już na nim wrażenia, bo tyle już tego widział.
Tyle tytułem zblazowanego wstępu. Teraz zdjęcia.
To, co mi się w tutejszych katedrach podoba, to częsta obecność współczesnych dzieł sztuki. To Antony Gormley, jeden z najbardziej znanych brytyjskich rzeźbiarzy, a raczej jego dzieło. Jeśli się przyjrzycie, w środku zobaczycie postać, niewykluczone, że samego Antony`ego (nie dosłownie oczywiście, choć tak byłoby jeszcze ciekawiej)
Właśnie trwały przygotowania do Salisbury Arts Festival, więc nadarzyła się kolejna okazja do pokazania Anieli skrzypiec i dyskretnego wymuszenia na niej deklaracji, że koniecznie chciałaby umieć na nich grać.
Z ciekawostek na wyposażeniu katedry wypatrzyłam tą:
Flagi zatonęły w Gangesie w czasie huraganu w 1842. Udało się je odzyskać po ośmiu miesiącach. Zapamiętajcie sobie ten widok i nie przesadzajcie z namaczaniem !
Tytuł katedralnego hitu należy się jednak tej chrzcielnicy:
Jej powierzchnia wygląda jak czarny, marmurowy blat i podobno zdarza się, że zwiedzeni tym widokiem turyści kładą na niej torebki albo aparaty fotograficzne.
Aniela też się dała nabrać - z malowniczym skutkiem.
A to wystawa w krużgankach, w ramach wspomnianego festiwalu:
Kawiarnia, bardzo sprytnie "wtulona" między ścianę katedry i krużganki (wystarczyło dodać dach)
I kilka zdjęć z uliczek otaczających katedrę - aż trudno uwierzyć, że to prywatne, zamieszkane domy, są tak malownicze i wymuskane.
Pogoda cały dzień groziła deszczem, ale na szczęście nic nie spadło.
Miasteczko:
I jeszcze jeden kościół, tym razem w centrum:
A o Stonehege, które zaliczyliśmy psim swędem, będzie innym razem. by do-jasnej-anielki | 2011-05-29 23:08:43 | skomentuj! (2) Salisbury Od czego zależy sukces wycieczki? Od celu podróży? Pogody? Towarzystwa? Ilości atrakcji? Ha! Może u Was, bo w naszej Rodzinie sukces wycieczki przede wszystkim zależy od tego, czy JA jestem najedzona. Wycieczka do Salisbury udała się znakomicie głównie dlatego, że zamiast do Katedry najpierw udaliśmy się do jadłodajni, napełnić mój pusty bęben.
Noodle obiecywane były Anieli przy każdej nadarzającej się okazji (jak zjesz lunch w przedszkolu tata zabierze cię na noodle, jak będziesz grzeczna tata zabierze cię na nooodle, jak zostaniesz sama w przedszkolu tata zabierze cię na noodle) i to co najmniej od miesiąca. Doczekała się.
Pierwsze zetknięcie z pałeczkami ( wersja uproszczona).
Takimi też bym dała radę, niestety, moje pałeczki były wersją bez wspomagaczy, więc stwierdziłam, że nie będę się ośmieszała i zażądałam widelca. A. (odnotuję gwoli ścisłości) noodle spożył posługując się dwoma zaostrzonymi na końcu patykami i jedną łyżką - nadal nie jestem do końca pewna, jak tego dokonał. Jeśli chodzi o wrażenia to - wizualne na piątkę z plusem, ale smakowe najwyżej na trzy. To było moje pierwsze zetknięcie z kuchnią "japońską" i fanką raczej nie zostanę. O wiele bardziej smakują mi rzeczy, które znam. Frytki na ten przykład.
A o głównym celu wycieczki (bo przecież nie jechaliśmy przez dwie godziny tylko po to, żeby się najeść) będzie jutro.
by do-jasnej-anielki | 2011-05-29 00:22:07 | skomentuj! (3) jej pięć minut pamiętam, jak dumna byłam niesłychanie, kiedy moje imię i nazwisko pojawiło się w druku, w prawdziwej gazecie (wyróżnienie za rolę jeża w konkursie teatrzyków szkolnych; wzmianka w okolicach przedostatniej strony, drobnym druczkiem) mój pierwszy raz ....nigdy się nie powtórzył, gdyż zarzuciłam karierę aktorską
Aniela na swój pierwszy w życiu druk załapała niedawno, przy okazji - jak widać
Trochę to osłodziło moje rozczarowanie sobą, kiedy okazało się, że byłam jedną z nielicznych matek, które na imprezę przyszły bez aparatu fotograficznego
by do-jasnej-anielki | 2011-05-26 23:05:18 | skomentuj! (2) Ampleforth To może w końcu słów kilka o Świętach? Nie mogę się zabrać do opisania a tu już prawie Boże Narodzenie za pasem ... Święta ... Przetestowaliśmy już opcje: Tylko Nas Troje w Domu (Boże Narodzenie dwa lata temu), Tylko Nas Troje na Wyjeździe (poprzednia Wielkanoc) i Nas Troje Z Zaprzyjaźniona Rodziną (tegoroczne Boże Narodzenie). W tym roku przyszedł czas na coś nowego: Nas Troje i Pół Tysiąca Nieznanych nam Osób (ewentualnie - Nas Troje i Pięciuset Braci w Wierze).
Na pomysł wpadliśmy dosyć późno i niełatwo było, naprawdę, znaleźć miejsce, gdzie chcieliby nas razem z naszą słodką córeczką (bo "Pozwólcie dzieciom przyjść do mnie ..." sobie a rzeczywistość sobie), ale w końcu się udało - najpierw załapać się na listę rezerwową, a tydzień przed Wielkanocą na listę uczestników.
I tak w czwartkowy poranek, z cudownie uzdrowioną Anielą (na urodzinach u Heidi załapała jakiegoś wirusa) przejechaliśmy się kilkaset mil w górę mapy do Ampleforth Abbey .To największe benedyktyńskie opactwo w Anglii. Mnisi prowadzą dwie szkoły z internatem - podstawową i średnią i to właśnie w internatach tej ostatniej zakwaterowani byli wszyscy uczestnicy rekolekcji. No, powiedzmy że rekolekcji, bo tak naprawdę uczestnictwo w wykładach, spotkaniach i mszach było opcjonalne - jeśli ktoś miał ochotę, mógł spędzać czas na spacerach (opactwo wraz ze szkołami zajmuje ogromy obszar), leżeniu na trawie, pływaniu (kryty basen) czy graniu w squasha - nikt nikogo nie ścigał z książeczką do nabożeństwa w dłoni i kropidłem. My oczywiście uczestniczyliśmy w nabożnych praktykach ile się tylko dało, ale nie dało się, niestety, bez ograniczeń, gdyż Aniela nie podzielała naszego entuzjazmu dla liturgii, chorału gregoriańskiego i egzegezy świętych tekstów. Co prawda dla dzieci zorganizowane było przedszkole, ale trzeba w nim było siedzieć z Anielą. W praktyce wyglądało to więc tak, że jedno z nas doglądało, a drugie sobie na coś szło - na konferencję jakąś, albo na próbę śpiewu (bo były przed każdą mszą), na liturgię godzin, albo koncert. Bywało, że szliśmy we trójkę, ale prawie nigdy we trójkę nie wychodziliśmy - zwykle jedno z nas wymykało się wcześniej ze znudzoną Anielą pod pachą.
Mieszkaliśmy w najdalej wysuniętym domu (serio - domu, jak w Harrym Potterze, nasz House nazywał się St. Bede`s). Do domu mieliśmy z pięć minut pod górkę, ale za to widok z okna (Andrzeja, bo nasz pokój był naprzeciwko) zapierał dech w piersiach - opadające w dół łąki, o poranku mgła w dolinie, owce na pastwiskach i stada małych króliczków. Karmili nas rewelacyjnie. Naprawdę rewelacyjnie. Przyznaję, że nie pamiętam, kiedy ostatnio chodziłam tak objedzona w Wielki Piątek - naprawdę próbowałam się ograniczać, ale .... Zresztą, w ogóle miałam wrażenie, że ciągle tam jem, bo jeszcze nie strawiłam śniadania z 8.30 a już była kawa z ciastkiem o 11.00, potem obiad o 1.00, o 5.00 herbatka (oczywiście), też z ciastkiem i o 7.00 kolacja. Kuchnia, muszę dodać koniecznie, rozbrzmiewała naszym językiem ojczystym - Polacy naprawdę są wszędzie. Przyjemnie było poprosić przy ladzie o "dodatkowy widelec" albo "to może jeszcze trochę tego spaghetti" i zostać zrozumianym.
Oczywiście nie pojechaliśmy tam, żeby się objadać. Pojechaliśmy głównie dlatego, żeby wziąć udział w pięknej liturgii Wielkiego Tygodnia i prawie nam się udało. W czwartek wytrwałam z Anielą tylko do połowy mszy, bo potem trzeba ją było położyć spać, ale za to już w piątek (nabożeństwo o 15.00) zostałam do końca (to A. musiał z nią wyjść). W sobotę poszłam sama (o 21.30 Aniela dawno już spała, pilnował jej A.) za to w niedzielę i poniedziałek (jakimś cudem) całą mszę wytrwaliśmy we trójkę (Aniela trochę tańczyła w nawie bocznej i zajmowała się przewlekaniem sznurówki przez dziurkowanego motyla). Było naprawdę pięknie i to nie tylko dzięki trzydziestu obcykanym w temacie mnichom, ale również, co mnie zaskoczyło, dzięki nad wyraz zorganizowanemu "ludowi wiernemu". Lud wierny, który w końcu był zbieraniną z całej Anglii, a nawet spoza jej granic, w czasie mszy poruszał się jak dobrze naoliwiona maszyna i śpiewał na głosy ! Ojciec dyrygent stawał za pulpitem i dyrygował a wierni patrzyli w nuty i dawaj ! wszystkie zwrotki po kolei. Byłam pod wrażeniem.
Exultet odśpiewał (bardzo zresztą pięknie) amerykański kleryk (bardzo zresztą przystojny). W ogóle było bardzo międzynarodowo- byliśmy jedynymi uczestnikami mówiącymi po polsku, ale słyszało się i hiszpański i niemiecki i francuski i sporo było młodych ludzi ze skośnymi oczyma (nie wiem niestety jakiej narodowości). Dzieci była prawie setka - grały w piłkę, jeździły na rowerach, biegały "w bandach", spacerowały trzymając się za ręce (to dziewczynki)- jak za starych dobrych czasów, kiedy to puszczało się dziecko samopas i mówiło "tylko wróć na kolację". Teren był ogrodzony i bezpieczny - nigdy nie widzieliśmy nikogo z ochrony, ale jakaś ochrona na pewno była. W czasie pobytu nic nikomu nie zginęło - nawet mój aparat, który zostawiłam na podłodze w ogromnym holu głównym, gdzie krzyżowały się wszystkie drogi, i poszłam sobie na wykład. Kiedy wróciłam po dwóch godzinach aparat nadal tam był tyle tylko, że ktoś położył go na sofie.
Zdjęcia z korytarzy szkolnych:
Sala, gdzie odbywały się konferencje - A. jest w środku a ja, jak widać ...
doglądam, towarzyszę i czekam na swoją kolejkę
Aniela eksploruje
To opadające w dół trawniki - pogodę mieliśmy piękną, więc sporo się na nich wylegiwaliśmy
To widok z trawnika w przeciwną stronę (opactwo włada ziemią aż po horyzont)
Kościół, jak widać
Ołtarz jak przeniesiony z planu filmowego "Władcy pierścieni"
Krzyż był "dwustronny". Ze strony drugiej (na którą, jak wyczytałam potem, przechodzić nie wolno) wyglądał tak:
Wejście na stołówkę
Widok na "nasz dom"
i migawki ze środka (jak na monstrualne czesne warunki nader skromne)
Widok z okna A.
I widok z górki, na której nas zakwaterowano - na kościół, klasztor i, o tej porze dnia - na stołówkę ze śniadaniem
schodziliśmy zwykle łąką na skróty
A to inne, nowocześniejsze, internaty
I na koniec, raz jeszcze, wielki trawnik.
Ufff !
by do-jasnej-anielki | 2011-05-26 23:02:59 | skomentuj! (3) . . by do-jasnej-anielki | 2011-05-26 22:57:06 | skomentuj! (0) przyziemna Dlaczego najlepiej mieć dziewczynki? Ano właśnie dlatego:
I nie, nie chodzi wcale o to, że dziewczynki są bardziej oczytane (choć w tym wieku zwykle są), czy inteligentne (tu się nie upieram, ale swoje wiem - w końcu sama jestem dziewczynką) ale o to, że są o znacznie mniej mobilne.
Kiedy pomyślę o tych wszystkich wymęczonych Matkach Chłopaków, które niemal od dnia wyjścia ze szpitala rozpoczynają nierówną walkę ze swoimi pełzającymi pociechami, życie trawiąc na ściąganiu ich z meblościanek, żyrandoli, ścian wieżowców ... czapki z głów. I wyrazy współczucia.
Bo Aniela, owszem, też zaczęła się wspinać, ale z jakieś trzy tygodnie temu - rzutem na taśmę zdążyła przed swoimi trzecimi urodzinami. Wspina się, ale z taką ostrożnością, że każda pani od BHP byłaby z niej dumna. A kiedy powiem "stój !" stoi i ani drgnie. I nigdy nie protestuje przy ściąganiu.
by do-jasnej-anielki | 2011-02-02 23:35:11 | skomentuj! (17) ? W zeszły wtorek, w trakcie rozmowy z jedną z pań animatorek (toddlers group), po kilkakrotnym (przyznaję) opędzeniu się od ciągnącego mnie za rękaw dziecka, spuściłam wzrok i zobaczyłam, jak wspomniane dziecko (Aniela to była) zdecydowanym ruchem wymierza staruszce kopniaka w kostkę. Staruszka nie poczuła (bo miała kozaki), albo udała, że nie poczuła a ja, BARDZO niepedagogicznie, udałam, że nie zauważyłam i jeszcze chwilę, dla niepoznaki, pociągnęłam konwersację, tym razem przezornie utrzymując dziecko w odpowiedniej odległości od byłej (i nadal - potencjalnej) ofiary. Usprawiedliwia mnie tylko fakt, że wzięta zostałam z zaskoczenia i czułam się jakbym oglądała film z czyimś rozpuszczonym bachorem w roli głównej a nie moją (do tej pory niezmiennie) słodką i dobrze wychowaną latorośl.
Następnym razem kopniak zastanie mnie przygotowaną, przyobiecałam sobie, i już kilka dni później dostałam od Anieli szansę spełnienia obietnicy (dzięki córko). Tym razem ofiarą była Heidi, kojarząca się w naszej rodzinie nie najlepiej jako Ta Która We Współudziale ze Swoją Matką Wykręciła Anieli Rękę (patrz notka o wizycie na ostrym dyżurze). Nie wiem, może to zemsta była - oczywiście to Anieli nie usprawiedliwia, ale .... próbuję dociec przyczyn. Skąd jej się to wzięło? My się z mężem nie kopiemy (a już na pewno nie w obecności dziecka ;), nigdy też nie widziałam aby ktokolwiek, kiedykolwiek kopnął ją gdziekolwiek - na grupce, w przedszkolu, na placu zabaw, nigdzie. Może to Bolek z Lolkiem? Nie - orzekł Ojciec, jak się okazuje fachowiec od Bolka i Lolka - oni się nie biją, co najwyżej robią sobie psikusy. No to nie wiem, może to naturalne? Może odruch kopania w stresujących sytuacjach siedzi w każdym Homo Sapiens i na pewnym etapie rozwoju po prostu musi z niego wyjść? Jakieś pomysły? Jeszcze nie panikuję, ale to może się wkrótce zmienić.
Dziś nikogo nie kopnęła i była bardzo grzeczna (czyt. - bawiła się sama). Naklejki + ściana = godzina spokoju (i tylko kilka minut sprzątania).
Czekamy na urodziny. Już jest luty ! - trajkocze Aniela - Tata powiedział, że będę miała urodziny jak będzie luty. Chcę tort - lizaka ! Upieczesz mi tort? Chcę tort w prezencie na urodziny !
Obiecałam, że upiekę. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale nie mogłam odmówić. Coś wymyślę. Dam radę. To nie może być takie trudne, każdy potrafi upiec biszkopt. Każdy potrafi, prawda? Prawda ?!
by do-jasnej-anielki | 2011-01-20 22:56:03 | skomentuj! (6) let it shine !!! Znowu granatowa/szara/czarna/brązowa? Wszystkie ubrania masz szarobure, dziecko - wieki całe biadoliła Mami - kupże sobie w końcu coś kolorowego. No i się doczekała. Zostałam matką na wychowawczym i się zaczęło - oficjalnie w ramach odreagowywania lat urzędowego dress code, nieoficjalnie - no cóż, może lepiej nie dociekać rzeczywistych przyczyn. Ulubionym kolorem stał się turkus. W zestawieniu z zielenią, ewentualnie - fuchsją. Zielony z niebieskim też chętnie. I fuchsja z czerwonym, oczywiście. A najchętniej to w ogóle wszystkie powyższe, gdyż im więcej tym ładniej. Do przedwczoraj, bo przedwczoraj, przypadkiem w sumie, nabyłam złote obuwie i poczułam, że to jest to! Nowa ja, na wiosnę - złoto i sztuczne kamienie. Perły, diamenty a kto wie, może nawet brokat ?
Mamoooo ?!
by do-jasnej-anielki | 2011-01-12 22:28:34 | skomentuj! (1) . Tradycje jakie tu mają? Podobno - rozpakowywanie prezentów przez cały pierwszy dzień Świąt (miałam wątpliwości, no bo ile by trzeba mieć tych prezentów? ale byliśmy u Barbary i widzieliśmy fragment na własne oczy - rzeczywiście wyglądało na to, że mogą tak ciągnąć przez dobre kilka godzin). Co jeszcze? No, niestety, podobno upić się (A. podpytywał w pracy tubylców i taką dostał odpowiedź) - dzisiaj widziałam takiego tradycjonalistę, szedł ulicą i wymiotował w rytm kroków a za nim, z wózkiem ( i dzieckiem), podążała jego kobieta zdaje się i wołała "Are you ok? Are you ok?". A ponadto tradycja, której nie jesteśmy do końca przeciwnikami - WYPRZEDAŻE. Moja (niewykluczone, że nie tylko moja) definicja nazwy Boxing Day jest taka, że to dzień, w którym wychodzisz ze sklepów obładowana mnóstwem "boxes" wypełnionym dobrem zakupionym za pół ceny. Dla nas Boxing Day to ciągle jeszcze Święto (a w tym roku dodatkowo - niedziela), więc swoje świętowanie wyprzedaży przesunęłam na dziś. Obkupiłam Anielę - trochę dlatego, że dziecko zwykle chodzi w ciuchach z drugiej ręki, a trochę dlatego, że nie mogłam się powstrzymać.
A sobie kupiłam to:
by do-jasnej-anielki | 2010-12-27 17:30:13 | skomentuj! (4) . Kaszel, katar a w nocy - gorączka, na szczęście szybko i skutecznie opanowana. W związku z powyższym w niedzielę do kościoła poszliśmy na raty: ja (ślizgając się) na 10.30, A. (ryzykując połamanie nóg na oblodzonych powierzchniach) na 18.00 a Aniela wcale.
Mamy nową książkę (naprawdę nie mam już gdzie ich trzymać, ale zawsze się skuszę). O choince, trollach i przygotowaniach do Świąt - piękną bardzo (i za jedyne 20p.) Czytamy ją namiętnie od dnia nabycia, czyli od piątku, a imiona bohaterów znamy na wyrywki:
- Aniela, jak ma na imię ten pies, pamiętasz? - Tuffi. - A dziewczynka? - Dziewczynka się nazywa Treva. - A jej brat? - Sam. To znaczy - bez nikogo.
by do-jasnej-anielki | 2010-12-19 22:48:09 | skomentuj! (0) . Bez komentarza, bo ile się będę powtarzać. by do-jasnej-anielki | 2010-12-17 21:30:56 | skomentuj! (3) |
księga gości 2012 styczeń 2011 listopad październik lipiec czerwiec maj luty styczeń 2010 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj blog.pl |